|
|
<
|
Styczeń 2012 |
>
|
|
| Pn |
Wt |
Śr |
Cz |
Pt |
So |
N |
|
|
|
|
|
|
|
1
|
|
2
|
3
|
4
|
5
|
6
|
7
|
8
|
|
9
|
10
|
11
|
12
|
13
|
14
|
15
|
|
16
|
17
|
18
|
19
|
20
|
21
|
22
|
|
23
|
24
|
25
|
26
|
27
|
28
|
29
|
|
30
|
31
|
|
|
|
|
|
Zakładki:
.
Goście.
Księga Gości
Odwiedzam
Statystyki dwa łyki
Licznik

Copyright (c)2006 Site Meter
|
niedziela, 31 maja 2009

Zatęczowiło mi się na Podlasiu, nad Puszczą Knyszyńską. Nawet podwójnie. Na samej granicy polsko-białoruskiej, gdzie do wsi dojeżdża się nadal nieasfaltownymi drogami, chleb się piecze w domu, a sklep przyjeżdża dwa razy w tygodniu. Bobry, żubry, daniele, sarny, dziki, żurawie - niczego tu nie brakuje. Tylko ludzi niemal się nie spotyka.
Niewielki dom na skraju Puszczy, do najbliższej wsi kilometry, do przystanku PKS - jeszcze dalej. Rano budzi klekot bocianów, wieczorem usypia chór żab. Sielanka - aż boli...
Najwdzięczniejszy obiekt(bo chciał usiedzieć na miejscu i czekał, zą uruchomię aparat, to ten motyl. Chyba to proclossiana eunomia. Pochodzi ze Skandynawii, gatunek północny, nie występuje w innych częściach Polski. Sądzę, że to właśnie proclossianna, bo rosło tu sporo rdestu wężownika, na nim żerują gąsiennice tego gatunku. No i "upolowałam" go obiektywem na bagnie, płacąc za to ubłoceniem się po kolana i odrobiną strachu - nie jestem łosiem, mogłam się utopić. Całe szczęście, że nie dopadła mnie żadna pijawka...
niedziela, 05 kwietnia 2009
Zaniebieściło się... ...zażółciło... ...zaróżowiło... ... w moim ogrodzie. Moja prywatne wiosna - przychodzi nieuchronnie i zawsze mnie wzrusza. Najbardziej lubię nierozwinięte pąki - takie obietnice, z których nie wiadomo, co wyniknie. Lubię obietnice.
sobota, 21 marca 2009
... albo widzę tu związek seksu z muzyką: coś mi, kurna, nie gra! Nie mogę wejść na zaprzyjaźnione blogi, nie mogę wyświetlić własnego profilu, nie mogę zobaczyć nawet własnych komentarzy. Awaria? Leci z nami pilot?
poniedziałek, 09 marca 2009
Umarła Dorota. Nigdy Jej nie spotkałam, chociaż często rozmawiałyśmy. Po prostu była w moim wirtualnym świecie, odważna i uczciwa. Chciałam ją zaprosić latem, pokazać to miejsce na zdjęciu, wciąż nie wierzyłam, że nie zdążę. Jeszcze ubiegłej wiosny była pozornie zupełnie zdrowa, pełna radości. Nie ma jej. I nie będzie. Żegnaj.
czwartek, 05 marca 2009
czwartek, 29 stycznia 2009
Zima trwa, ale czasem odpuszcza, przywracając nadzieję. Stokrotki mają się dobrze. Ochroniła je spora wartwa śniegu, ale już stopniał. Podobno ma wrócić. Bardzo tęsknię do wiosny. Nawet goździki przetrwały.
sobota, 06 grudnia 2008
Wczoraj zrobiłam te zdjęcia... Nie ma jeszcze oznak, że zima nastanie. Oby nie nastała - mówię jako straszliwy zmarzlak.
środa, 26 listopada 2008
Zobaczyłam je dziś rano. Kwitną w najlepsze - jakby śnieg i mróz nie miały znaczenia. Po południu nadal kwitły...
środa, 19 listopada 2008
Przeczytałam artykuł Janickiego i Władyki w najnowszej "Polityce". To się nazywa - "odparowanie ciosu, z a n i m został zadany. I słusznie. Potem jest za późno. A jeśli polityka Was nie interesuje(chociaż niemal nikt tego blogu nie czyta), to uznajcie to za wystarczający pretekst do powieszenia tu pracy mojego przyjaciela. Nie tylko plastyka z dyplomem - mądrego człowieka. Boguś Szychowiak wciąż - wbrew ludziom i czasom - twierdzi, że trzeba rozmawiać. I gada. Szkoda, że dla chleba porywa się na komercję - portrety idiotek ze zdjątek. W jego imieniu zapraszam na wernisaż - 13 grudnia w Opolu. Liczę też na spotkanie z Polnarem, na razie zapoznanym, ale już niedługo. Wierzę w jego siłę. :)
wtorek, 18 listopada 2008
 Kilka lat temu mogłam zrealizować jedno z marzeń - Paryż. Nie z wycieczką. Mieszkałam w niewielkim hoteliku. Do pokoju niemal siłą wciśnięto łazienkę, zmniejszając przestrzeń mieszkalną do minimum. Wszelkie niewygody rekompensowała obecność Polki - recepcjonistki, która czasem bywała pokojówką. Życzliwa, uśmiechnięta, przyjazna. Pilotował mnie Bunio, więc pech był czymś oczywistym i wliczonym w koszty podróży. Tego dnia to mnie pech prześladował - rano nieudana próba zwiedzenia "polskiego kościoła"(niedziela, to jedyny zamykany kościół we Francji, jaki widziałam, do wszystkich innych można było swobodnie wejść o różnych porach). Podobno bywał tu Mickiewicz. Nieudana z dwóch powodów. Pierwszy: straszliwy tłum kłębił się wewnątrz, nie udało mi się wcisnąć; drugi: im bliżej kościoła, tym liczniejsze pielgrzymki rodaków, które łatwo było rozpoznać po straszliwej kuchennej łacinie. Klęli jak.. szewcy nie są tak ordynarni. Koszmar. Było mi wstyd. Na placu przed wejściem do kościoła - jeszcze gorzej - masa walających się puszek po piwie, ludzi, którzy bez żenady otwierali i pili następne, śmieci, jacyś drobni sprzedawcy "świętości". Targowisko. Nie jestem wierząca, ale czułam się nieswojo w atmosferze godnej raczej osławionego placu Pigalle niż świątynnego dziedzińca. Rezygnujemy - metro i Pere-Lachais. Wysiadamy - i czuję, że ktoś usiłuje mi wyrwać torebkę. Nie mam w niej nic cennego - pewnie zdziwiłby go widok polskich złotówek. Ale torebka jest piękna, więc odruchowo ją tulę do siebie. Pytam głośno: "Co robisz, człowieku?"(po polsku, oczywiście). Facet ucieka. Udało mi się. Ale już wiem, że nie lubię paryskiego metra. Dopiero teraz "dobija" do mnie Bunio i pyta, co się stało. Pokazuję mu język. Cmentarz. Piękny. Właściwie nie potrafię go opisać. Chodziłam alejkami przez kilka godzin, z planem w garści, wciąż odkrywając coś nowego. Szukałam grobu Morrisona. Jest! Wciśnięty między inne(tu wiele nagrobków niemal się styka, przejścia między nimi są bardzo wąziutkie). Prosty. Przypomina mi się piosenka Doorsów z jego tekstem "dotknij mnie, nie boję się, jestem gotowy"(coś w tym rodzaju). Grobu pilnują karabinierzy. Można jednak podejść. Przeczekujemy tłumek. Teraz mogę podejść, Bunio robi mi zdjęcie. Nieproszony. Grób Chopina znaleźć najłatwiej - każda polska wycieczka pędzi tam prosto od bramy, obfotografowuje się przy miejscu spoczynku kompozytora "bez serca"(bo ono przecież w Polsce) i wraca szybko do autokaru. Znów chwila czekania - między wycieczkami podchodzę bliżej. Okropnie brzydki nagrobek - tak go odbieram, tu tak wiele pięknych rzeźb. Uciekam na widok kolejnych spoconych wycieczkowiczów.Wzruszają mnie świeże kwiaty na grobie Abelarda i Heloizy - pewnie to nie ich szczątki. Ale dzisiejsi kochankowie wrzucili za ogrodzenie pojedyncze kwiaty - na cześć kochanków umarłych. Widzę wspaniałe rzeźby, odczytuję nazwiska tych, którzy są dla mnie ważni - Wilde, Moliere, Modigliani(kolejna historia miłosna - obok leży jego kochanka, popełniła samobójstwo w dniu jego pogrzebu), Max Ernst. Kochani Francuzi wydali również broszurkę po polsku - można było ją kupić przy wejściu. Szukam grobu Victora Noir'a, rzeczywiście - mocno błyszczący od dotyku wielu rąk. Rzekomo pogłaskanie Victora przynieść ma szczęście w miłości, nie tej platonicznej zgoła. Duże wrażenie robi nagrobek poety - spomiędzy odsuniętych , nierówno połupanych płyt kamiennych wyłania się - jakby z wnętrza grobu - wyciągnięta w górę ręka trzymająca kwiat. Wracamy - cmentarz jest zamykany na noc. Nie metrem! Nie czuję smutku. Tylko spokój. Bunio po miesiącu wysyła mi wywołane zdjęcia(z Anglii) - oglądam swoje ręce na Morrisonie. Jasne - głowa nieważna;) Cały Bunio!
|